Zamachy Putina – Rosyjski Wrzesień ’99

Od klapy zacznijmy: Riazań.

W drugiej połowie 1999 do władzy w Rosji zbliżał się Władimir Putin. Władek w latach 1975-1990 był funkcjonariuszem KGB, a w latach 1998-1999 szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa (skąd my to znamy…). W 1999 roku został premierem oraz pełniącym obowiązki prezydenta Rosji po rezygnacji Jelcyna. Putin chciał zostać prezydentem, a raczej dyktatorem, ustanowić reżim swojej agencji FSB i dobrać się do czeczeńskiej ropy. Aby tego dokonać, musiał się wykreować na twardego, dzielnego i silnego męża stanu. Pomóc miała w tym agresja na Czeczenię. Tylko trzeba było czegoś, co by to usprawiedliwiało…

Nagle we wrześniu 1999 roku w Rosji następuje seria kilku zamachów terrorystycznych. 4 września ma miejsce zamach w Buknajsku w Dagestanie, 9 i 12 września mają miejsce zamachy w Moskwie, a 17 września dochodzi do zamachu w Wołgodońsku. Giną w nich setki ludzi. Ostatni zamach na szczęście nie powodzi się. Oficjalne media od razu znajdują winnych – czeczeńscy terroryści. Później sprawą zainteresowali się niezależni dziennikarze i eksperci. Wszystkie te śledztwa prowadzą do jednego źródła – rosyjskiej bezpieki i ówczesnego premiera Rosji Władimira Putina.

Przyjrzyjmy się historii tych zamachów – zacznijmy od ostatniego, gdyż da on nam dobre spojrzenie na przebieg wcześniejszych zamachów.

Zamach który się nie powiódł miał mieć miejsce 22 września 1999 roku. Miał nastąpić w Riazaniu i miał być większy od poprzednich. O godzinie 21:15 Aleksiej Kartofielnikow, mieszkaniec bloku przy ulicy Nowosiołow 14/16 na osiedlu Daszkowo-Piesocznia, zauważa, że jacyś nieznani ludzie wnoszą do piwnicy jego bloku worki z cukrem. Worki wnosiło dwóch mężczyzn i jedna kobieta, którzy brali je ze swojego samochodu, białej Łady Żiguli z moskiewską rejestracją T534VT77RUS. Oto co wspominał o tym Kartofielnikow:

„Zauważyłem żyguli model 7 kiedy szedłem z garażu do domu. Z zawodowego nawyku zwróciłem uwagę na tablicę rejestracyjną. Zauważyłem, że numer regionalny był zamaskowany kawałkiem papieru z riazańskim numerem seryjnym 62. Pobiegłem do domu, żeby zadzwonić na milicję. Wybrałem 02 i usłyszałem leniwą odpowiedź: <<wybierz numer taki a taki>>. Wybrałem, ale był zajęty. Próbowałem, ale był zajęty. Próbowałem przez dziesięć minut zanim, się dodzwoniłem. Terroryści mieli dość czasu, żeby znieść do piwnicy wszystkie worki i nastawić detonatory (…). Gdybym szybciej dodzwonił się na milicję, (…) zostaliby aresztowani jeszcze w samochodzie.”

Milicja zachowała się bardzo opieszale, przez co przyjechała dopiero o godzinie 21:58, a w między czasie sprawcy zrobili swoje i odjechali. Milicjanci pod dowództwem chorążego Andrieja Czernyszowa znaleźli w bloku trzy pięćdziesięciokilogramowe worki od cukru.

Jak wspomina Czernyszow,

„poświeciliśmy do środka i zobaczyliśmy kilka worków po cukrze, jeden na drugim. Leżący na wierzchu był nacięty i wystawało z niego jakieś urządzenie elektroniczne: widzieliśmy kable obwinięte taśmą oraz zegar… Naturalnie byliśmy zszokowani. Wybiegliśmy z piwnicy. Ja stanąłem na straży przy drzwiach, a moi ludzie pobiegli ewakuować mieszkańców. Mniej więcej po piętnastu minutach dotarły posiłki.”

Detonator bomby z Riazania. Cryptome.org.

W jednym z rozciętych worków znajdowały się urządzenia detonujące domowej roboty, złożone z trzech baterii, zegara elektronicznego oraz ładunku inicjującego. Milicjanci sekcji sapersko-technicznej rozbroili bombę w 11 minut. Detonator nastawiony był na 5:30 czasu moskiewskiego. Ekspertyza za pomocą najnowocześniejszych urządzeń wykazała obecność „oparów materiału wybuchowego z rodzaju heksogenu.”. Tego samego heksogenu, który był składnikiem ładunków w poprzednich zamachach i został wyprodukowany z paliwa lotniczego. Każdy z świadków, który widział zawartość worków, potwierdził, że zawierały one żółtawą, granulowaną substancję – a tak właśnie wygląda heksogen. Dzień po próbie zamachu oświadczenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych mówiło, że „analiza wzmiankowanej substancji wykazała obecność oparów heksogenu”.

Tego samego dnia pracownica firmy telekomunikacyjnej Elektroswiaz Nadieżda Jukanowa przechwytuje dziwaczną rozmowę, w której padają słowa: „wyjeżdżajcie pojedynczo, bo wszędzie są patrole”. Numer, skąd padło to zdanie, to telefon moskiewskiego FSB. Nadieżda później została za to nagrodzona

Początkowo FSB twierdziło, że był to udaremniony zamach mający związek z poprzednimi aktami terroru. Po analizie wszystkich dowodów i faktów obciążających, FSB nagle zmienia zdanie twierdząc, że były to ćwiczenia Moskiewskiej FSB, a ładunki w piwnicy były niegroźne. Co moskiewskie FSB robiło w Riazaniu poza swoją jurysdykcją? Dziwne, bo nawet dzień później, 23 września, wszyscy, od zwykłego funkcjonariusza po premiera Putina mówili, że był to udaremniony akt terroru. Oto, co dokładnie mówił Putin:

„Jeśli chodzi o wydarzenia w Riazaniu, to nie wydaje mi się, by doszło tam do błędu. Skoro worki, w których jak się okazało, znajdowały się materiały wybuchowe, zostały zauważone, to należy spojrzeć na pozytywne strony tego zdarzenia, choćby na to, że obywatele właściwie reagują na to, co dzieje się dziś w naszym kraju”.

Mer Moskwy Jurij Łużkow przekonany był, iż był to zamach i kazał przeszukać całą Moskwę. Władimir Ruszajło, minister spraw wewnętrznych stojący na czele komisji do zwalczania terroryzmu nie wiedział kompletnie nic o rzekomych ćwiczeniach. O tym, że był to zamach, mówił jeszcze 24 września na zjeździe Pierwszej Ogólnorosyjskiej Konferencji na temat Walki z Przestępczością Zorganizowaną.

Najlepiej opisała to gazeta Moskowskij Komsomolec:

„24 września 1999 roku szef FSB, Nikołąj Patruszew, wygłosił sensacyjne oświadczenie, w którym ujawnił, że zamach bombowy w Riazaniu wcale nie był zamachem, tylko ćwiczeniami (…). Tego samego dnia minister spraw wewnętrznych Władimir Ruszajło pogratulował jego ludziom ocalenia bloku mieszkalnego w Riazaniu od pewnej zagłady.”

FSB od razu powiedziałaby, że to były ćwiczenia! Niemożliwe byłoby, aby czekano z tym kilka dni! Putin wiedziałby o ćwiczeniach jako były szef FSB! I wiedział, ale o nieudanym zamachu FSB, który miał znaleźć się na koncie czeczeńskich „terrorystów”.

„Wyobraźmy sobie na chwilę, że w Riazaniu rzeczywiście trwały ćwiczenia – piszą Litwinienko i Felsztinski – Czy moglibyśmy spodziewać się milczenia FSB przez cały 23 września, kiedy światowe media prześcigały się w doniesieniach o udaremnionym ataku terrorystycznym? To niemożliwe. A czy można sobie wyobrazić, by premier Federacji Rosyjskiej i były szef FSB, którego łączyła z Patruszewem bliska znajomość nie został poinformowany o takich „ćwiczeniach”? Nie, nawet w najgłupszych snach. Byłby to jawny dowód nielojalności Patruszewa wobec Putina; po czymś takim jeden z nich musiałby zniknąć z areny politycznej. To, że 23 września o 19 Putin nie wspomniał ani słowem o ćwiczeniach prowadzonych w Riazaniu, jest więc decydującym argumentem na potwierdzenie tezy, iż w rzeczywistości ów budynek mieszkalny próbowali wysadzić ludzie FSB.”

Również Riazańskie FSB nic nie wiedziało, a jej wypowiedzi szybko przycichły. Ucierpieli też sami mieszkańcy tego budynku, którzy przez długi czas wierzyli, że byli celem zamachu. Nikt nie przeprowadza ćwiczeń na niewtajemniczonych cywilach! Straty psychiczne, przez które wielu mieszkańców tego budynku musiało skorzystać z pomocy specjalistów, stały się podmiotem pozwu przeciw FSB. Warto zacytować tu jedną z mieszkanek tego bloku:

„Potraktowali nas jak szumowiny (…). Gdyby chociaż powiedzieli nam wczesnym rankiem, że to ćwiczenia, ale nie, musiały minąć dwa dni (…). My nie wierzymy, że to były ćwiczenia.”

W sprawie ćwiczeń ruszyło specjalne śledztwo, którym zajęła się… FSB.

„Według Zdanowicza FSB prowadzi teraz postępowanie karne w sprawie wrześniowych wydarzeń w Riazaniu – pisał o tym riazański dziennikarz Aleksander Badanow – Taki absurd jest możliwy chyba tylko w Rosji: FSB prowadzi postępowanie karne w sprawie ćwiczeń, które sama prowadziła! Lecz przecież śledztwo można wszcząć tylko wtedy, gdy doszło do przestępstwa.”

Najciekawszą opinię na temat ćwiczeń miał Oleg Morozow przewodniczący grupy roboczej rosyjskiej Dumy „Rosyjskie Regiony”.

„Morozow powiedział też, że może dałoby się wybaczyć FSB tę akcję, gdyby szefowie tej służby zapewnili, że więcej takich aktów terrorystycznych nie będzie. W zasadzie była to najważniejsza myśl zawarta w jego wypowiedzi: należy ratować Rosjan przed terrorem FSB. Subtelny dyplomata, w zasadzie zaproponował terroryście Patruszewowi układ: nie ukarzemy was i przymkniemy oczy na wszystkie zamachy, których dokonano w Rosji, a wy wstrzymacie wszelkie działania w kraju, wskutek których domy wylatują w powietrze. Pastruszew zrozumiał i eksplozje ustały” – pisali Litwinienko i Felsztynski.

Przepchnięcie bajeczki o ćwiczeniach wymagało czasu. Efesbecy wiedzieli, że po tak długim czasie milczenia nie można od tak wyjść i skłamać o ćwiczeniach. A bajeczka o ćwiczeniach ratowała na wypadek wyjścia prawdy o FSB i heksogenie. Początkowo zatem FSB wysłało szefa Centrum Kontaktów Publicznych FSB Aleksandra Zdanowicza do programu „Bohater dnia” stacji NTV. Zdanowicz skłamał, że nie było heksogenu (wszystkie dowody wskazują na heksogen!) ale było coś w stylu detonatorów. Oczywiście nie padło żadne słowo o ćwiczeniach. O tym mówiono dopiero dzień później. Gdyby ćwiczenia rzeczywiście miały miejsce, Zdanowicz z racji stanowiska wiedziałby o nich, oraz powiedziano by o nich od razu. Ogólnie rzecz biorąc, widać tu, że FSB kompletnie nie przygotowało się na wypadek fiaska i za bardzo nie wiedziało co robić. Najśmieszniejsze jest to, że po dywagacjach Zdanowicza podano informację, iż dalej prowadzone są poszukiwania białego żyguli.

Jak mówiłem, kłamstwo o ćwiczeniach wypuszczono dopiero 24 września. Akurat tego dnia worki znajdowały się już w siedzibie FSB w Moskwie, gdzie spokojnie je podmieniono. Następnie na fałszywych workach przeprowadzono nowe ekspertyzy, które wykazały cukier. FSB stwierdziło, że wcześniejsza ekspertyza była błędna ze względu na błędy przy jej wykonywaniu. Gdyby było tak naprawdę, podjęto by działania karne przeciwko przeprowadzającym te badania – a niczego takiego nie powzięto.

FSB twierdzi, że jej agenci sami kupili ten cukier na bazarze w dniu ”ćwiczeń”. Więc skoro sami go kupili, to po co wysyłali go w ogóle do swojego laboratorium na badania? Po co badali go raz u siebie, a raz w ministerstwie spraw wewnętrznych? Po co później powtarzano te badania? Dlaczego wzięto te trzy podmienione worki z cukrem na poligon i próbowano zdetonować, po czym triumfalnie ogłoszono że nie wybuchły, skoro wedle oficjalnej wersji sami Efesbecy kupili ten cukier?

„Można się zastanawiać jakim trzeba być idiotą, żeby próbować wysadzić w powietrze trzy worki zwykłego cukru na poligonie artyleryjskim” – pisała Wiersija.

I dlaczego to wszystko trwało kilka miesięcy? Powód tak naprawdę był jeden – odebranie heksogenu kolegom z Riazania.

Potem w okolicach Riazania znaleziono worki z heksogenem. W magazynie 137 pułku wojsko powietrznodesantowych w bazie, gdzie szkolono pododdziały zwiadowczo-dywersyjne, składowano heksogen w dokładnie takich samych pięćdziesięciokilogramowych workach, jakie znaleziono w bloku w Riazaniu. Później, jeszcze w 1999 roku, do jednostki tej przybył szeregowy Aleksiej Piniajew. Pewnego dnia, gdy pełnił wartę przy „magazynie broni i amunicji”, postanowił wraz z kompanami wejść do środka. Tam on i inni żołnierze zobaczyli worki z napisem… „Cukier”. Żołnierze postanowili naciąć worki i ukraść trochę tego cukru. Gdy posłodzili nim herbatę, ta smakowała jakoś dziwnie. Żołnierze postanowili oddać cukier ekspertom od ładunków wybuchowych. Ci stwierdzili, że to nie jest żaden cukier, lecz heksogen. Złożono w tej sprawie raport, co wyciekło do prasy. Wojsko wszystkiemu zaprzeczyło a dowódca Piniajewa trafił do Czeczenii. On sam został oskarżony o kradzież mienia wojskowego. Stwierdzili też, że ujawnił tajemnicę państwową. Zatem miejsce składowania cukru jest tajemnicą państwową? Cukru nie, ale heksogenu używanego do mordowania własnych obywateli – jak najbardziej. Najlepsze jest to, że jednocześnie wojsko stwierdziło, że ktoś taki jak Piniajew nie istnieje. Skoro nie istnieje, to po co pozwali go do sądu? Do sądu trafiła też gazeta Nowaja Gazieta, która opublikowała wywiad z Piniajewem.

Na miejscu znaleziono detonator, co pokazuje na zdjęciu. Oficjalnie był to detonator ćwiczebny, ale doskonale wiemy, że był prawdziwy. Uważa tak też Władimir Fiedotkin, przewodniczący Dumy obwodu riazańskiego w wywiadzie z 24 września: „Był to jak najbardziej autentyczny detonator, żaden ćwiczebny”.

Białe żyguli którym przyjechali terroryści widniał na liście samochodów skradzionych. FSB wykorzystało ten samochód do zamachu. Jak nie trudno się domyśleć, kradzionych samochodów nigdy nie używa się do ćwiczeń.

Mniej więcej w czasie szaleństwa z workami riazańskie FSB, które jak wiadomo nie było wtajemniczone, namierzyło dwóch z trójki terrorystów. Moskiewskie FSB kazało swoim terrorystom przeczekanie wszystkiego w Riazaniu, a dopiero potem ewakuowanie się. Riazańskie FSB już chciało ich zgarnąć, aż tu z Moskwy przyszedł rozkaz by tego nie robić. To, że Moskwa ich chroniła potwierdza tylko, iż byli to terroryści z FSB.

Jak podsumowali to Felsztinski i Litwinienko,

„terroryści rozproszyli się, szukając schronienia w „bezpiecznych domach”. Dopiero gdy dowództwo riazańskiej delegatury FSB zgodnie z procedurą zawiadomiło telefonicznie Patruszewa, że podejrzani mogą zostać zatrzymani, odpowiedział on zakazem aresztowania i oznajmił, że udaremniona akcja terrorystyczna w Riazaniu to tylko „ćwiczenia”. Możemy sobie tylko wyobrażać, jaką minę miał oficer prowadzący sprawę – zapewne sam generał Siergiejew – gdy w rozmowie ze swym przełożonym, Patruszewem, usłyszał, że ma zostawić terrorystów w spokoju”.

Mimo tego rozkazu riazańscy Efesbecy aresztowali terrorystów. To co znaleziono w ich domach, ich nazwiska etc., zostało utajnione. Następnie przyjechali ludzie z  Moskwy i zabrali tam terrorystów. Cała sprawa jest utajniona, ale w marcu 2000 roku jeden z tych terrorystów wystąpił w telewizji i opowiadał, jak to podkładam tam worki z cukrem.

A propos utajniania. Ludzie stojący za rozkazami w sprawie utajniania są przestępcami. Tak przynajmniej wynika z artykułu siódmego ustawy o tajemnicy państwowej Federacji Rosyjskiej z 21 lipca 2001 roku:

„informacje (…) dotyczące sytuacji nadzwyczajnych i katastrof zagrażających zdrowiu i bezpieczeństwu obywateli oraz ich konsekwencji, i (…) dotyczące przypadków łamania prawa przez organy władzy państwowej i ich przedstawicieli (…) nie będą objęte tajemnicą państwową.”

29 września jednocześnie trzy gazety, Czelabinskij Raboczij, Krasnojarskij Raboczij i Wołżskaja Komuna drukują identyczny artykuł:

„Dowiedzieliśmy się z dobrze poinformowanych źródeł w ministerstwie spraw wewnętrznych Federacji Rosyjskiej, że jeden z pracowników operacyjnych FSB i MWD [ministerstwo spraw wewnętrznych] w Riazaniu nie wierzy, by w mieście przeprowadzono „ćwiczenia” polegające na podkładaniu bomby (…). Zdaniem wysoko postawionych pracowników MWD budynek w Riazaniu został zaminowany przez nieznanych sprawców najprawdziwszymi materiałami wybuchowymi oraz detonatorem takiego samego typu jak te, których swego czasu użyto w Moskwie (…). Teorię tę pośrednio potwierdza to, że w Riazaniu po dziś dzień nie zakończono dochodzenia z „terrorystycznego” paragrafu. Co więcej, rezultaty pierwotnych analiz zawartości worków, przeprowadzone w pierwszej fazie operacji przez miejscowych ekspertów z MWD, zostały skonfiskowane przez personel FSB przybyły z Moskwy i natychmiast objęte klauzulą tajności. Milicjanci, którzy mieli kontakt ze swymi kolegami z kryminalistyki i którzy pierwsi zajmowali się tą sprawą, uparcie twierdzą, że worki zawierały heksogen i że nie ma mowy o żadnej pomyłce”.

Terrorysta, który wypowiedział się w marcu 2000 roku twierdził, że 22 września wyjechał z Moskwy do Riazania, kupili tam worki z cukrem, nabój w sklepie z bronią Kolczuga, znaleźli odpowiednią, otwartą piwnicę, przygotowali wszystko i wnieśli na miejsce.

Wielu rosyjskich parlamentarzystów uważa, że za zamachem stała FSB. Jako przykład może służyć deputowany do Dumy Władimir Wołkow:

„Lecz z jakiegoś powodu nie powiodła się akcja wysadzenia w powietrze budynku mieszkalnego w Riazaniu, którą dziś nazywa się ćwiczeniami. Jako wojskowy wiem, że nigdy nie prowadzi się ćwiczeń z użyciem prawdziwego materiału wybuchowego i że miejscowa milicja oraz FSB musiałyby wiedzieć o takich ćwiczeniach. Niestety, w Riazaniu wydarzyło się coś innego i prasa już otwarcie pisze, że „czeczeńskie” ataki terrorystyczne w rosyjskich miastach były dziełem służb specjalnych, które przygotowały „małą wojenkę” na użytek Putina. Szukanie odpowiedzi na te podejrzliwe sugestie jeszcze się nie zaczęło, ale już dziś wiadomo, że zamiast białego rumaka przyprowadzono mu wierzchowca czerwonego od krwi niewinnych ludzi.”

Terror FSB: rosyjski wrzesień 1999.

Seria wrześniowych zamachów terrorystycznych rozciąga się od 4 września do klapy w Riazaniu 22 września, lecz już 31 sierpnia nastąpiło coś, co zapowiadało rządową falę terroru. W moskiewskim centrum handlowym Ochotnyj Riad nastąpił wybuch, jedna osoba zginęła, a 40 zostało rannych. Zamach ten zwrócił uwagę opinii publicznej na terroryzm. Władze od razu oskarżyły Czeczenów, a w kraju zaczęła płonąć nienawiść przeciwko temu kaukaskiemu narodowi. Lecz oskarżenie o zamach Czeczenów zakrawa o głupotę, albowiem to centrum handlowe należy do Umara Dżabraiłowa, znanego, cenionego i szanowanego Czeczena. Każdy ewentualny czeczeński terrorysta wybrałby inne miejsce, należące do jakiegoś Rosjanina, a nie jak w tym przypadku rodaka, obciążając go kosztami i złą opinią. Można wręcz powiedzieć, że rosyjska bezpieka FSB dokonując tego zamachu zrobiła dwie pieczenie na jednym ogniu – wrobili Czeczenów i dokonali na nich zamachu terrorystycznego.

O zamach oskarżono następnie niejakiego Ryżenkowa, który według FSB od 1996 podawał się za generała tej służby. Od razu przypięto mu łatkę jakichś powiązań z terrorystami. O tych związkach mówił Nikołaj Zielenko, szef wywiadu w ósmym korpusie armijnym pod dowództwem gen. Lwa Rochlina. Efesbekom nie spodobały się słowa Zielenki – został więc aresztowany, a jego dowódcę aresztowano. A Ryżenkow? Stąpał wolno po świecie. Śledztwami w sprawie Zielenki, zabójstwa Rochlina i wrześniowych zamachów zajął się ten sam człowiek i jak nie rudno się domyślić, człowiek FSB – N. P. Indiukow.

Następny miał miejsce w mieście Buknajsk, w Dagestanie. 4 września 1999 nastąpiła tam eksplozja przed blokiem mieszkalnym, gdzie w większości mieszkali rosyjscy żołnierze. Ładunkami wybuchowymi miały być saletra amonowa i proszek aluminiowy, stwierdzono też domieszkę heksogenu i trotylu. Zginęły 64 osoby, a 146 zostało rannych.

Winę od razu zrzucono na Czeczenów i Szamila Basajewa, który w sierpniu tego roku wkroczył do Dagestanu.

Tego dnia miał być też kolejny zamach. Nie dopuścili do niego zwyczajni cywile, którzy obok szpitala wojskowego znaleźli samochód ZIŁ-130 z 2706 kilogramami ładunków wybuchowych w środku. Była to klapa FSB, nie pierwsza i nie ostatnia.

Ruiny budynku w Buknajsku. Terror.ru.

Kolejna akcja odbyła się w południowo-wschodniej Moskwie. Nocą, z 8 na 9 września ładunek wybuchowy zniszczył budynek przy ulicy Gurianowa 19 w Moskwie. Zginęły 94 osoby, 164 zostało rannych, a 108 mieszkań ulega zniszczeniu.

Ruiny budynku przy ulicy Gurianowa w Moskwie. NTV/Terror.ru.

Początkowo myślano, że to wyciek gazu, ale okazało się, że wybuch spowodowało 350 kg kilogramów trotylu i heksogenu.

Niewtajemniczonych Rosjan zaskoczyła skala zamachu. Trzeba było tysięcy kilogramów ładunków wybuchowych i naprawę sporej grupy ludzi. Do przetransportowania setek kilogramów ładunków wybuchowych użytych w pierwszej, udanej części zamachu, potrzeba by wielu transportów. Rosjanie twierdzą, że zamach przeprowadzono w ramach konfliktu w Dagestanie. Jest to nie możliwe, ponieważ rozpoczęcie przygotowań do czegoś takiego musiało rozpocząć się mniej więcej pół roku wcześniej. W obliczeniach wzięto pod uwagę takie rzeczy, jak zlecenie, analiza techniczna budynku i jego wizytacja, ustalenie składu ładunków wybuchowych  i opracowanie planu budowy bomby, wszelkie poprawki, zdobycie składników, przechowywanie ich w wynajętym miejscu i tak dalej i tym podobne.

Już 13 września Moskowskij Komsomolec w artykule „Zagadka bombowego zamachu” twierdził, że atak z takimi skutkami mogli przeprowadzić tylko ludzie wyszkoleni przez rosyjskie służby.

Ruiny budynku przy ulicy Gurianowa w Moskwie. http://terror99.ru/photo.htm

11 marca 2000 nastąpiło coś bardzo dziwnego, ponieważ człowiek FSB Władimir Kondratiew wysłał elektroniczny list do czasopisma Freblance Bureau pt. „Wysadziłem Moskwę”, gdzie przyznaje się do współorganizowania zamachów z 8 września. Oto fragment:

„Tak to ja wysadziłem w powietrze budynek przy ulicy Gurianowa w Moskwie. Nie jestem ani Czeczenem, ani Arabem, ani Dagestańczykiem. Nazywam się Władimir Kondratiew, jestem rodowitym Rosjaninem i majorem FSB, a dokładniej pracownikiem ściśle tajnego oddziału K-20. Oddział ten powołano do życia wkrótce po podpisaniu porozumienia chasawjurckiego. Otrzymaliśmy zadanie planowania i wykonywania operacji dyskredytujących Republikę Czeczeńską, tak, aby nie dopuścić do jej międzynarodowego uznania. W tym celu przyznano nam rozległe uprawnienia oraz dostęp do praktycznie nieograniczonych środków technicznych i finansowych. Jedną z pierwszych operacji, które zaplanowaliśmy i wykonaliśmy, opatrzono kryptonimem Kowpak. Polegała ona na tym, że jeździliśmy po niemal wszystkich koloniach [karnych] w Rosji i rekrutowaliśmy przestępców (preferując osobników pochodzenia kaukaskiego). Organizowaliśmy ich w grupy, dawaliśmy broń i pieniądze, a następnie przewoziliśmy do Czeczenii, gdzie zwracano im wolność, nakazując realizowanie jednego zadania: mieli porywać ludzi, zwłaszcza obcokrajowców. (…) Najbardziej efektywnymi elementami tej akcji były porwania i morderstwa brytyjskich i holenderskich inżynierów, dokonane na nasz rozkaz.

W czerwcu ubiegłego roku nasz oddział otrzymał nowe zadanie: wzbudzać w Rosji nienawiść do Czeczenii i Czeczenów. Metodą burzy mózgów opracowaliśmy kilka sposobów. Podczas jednej z takich sesji wymyśliliśmy między innymi akcję rozprowadzenia w kraju ulotek z groźbami Czeczenów, morderstwo ulubionej przez Rosjan piosenkarki Ałły Pugaczowej, wysadzanie budynków mieszkalnych – za wszystko mieliśmy obwinić Czeczenów. Propozycje te przekazaliśmy dowództwu FSB, które wybrało ostatni pomysł jako najskuteczniejszy i dało nam zielone światło do jego realizacji.

Zaplanowaliśmy zamachy bombowe w Moskwie, Wołgodońsku, Riazaniu i Samarze, a także na terytorium Dagestanu i Inguszetii. Wybrane zostały konkretne budynki, odpowiedni materiał wybuchowy, obliczono też potrzebną masę. Operacja otrzymała kryptonim Hiroszima. Ja osobiście odpowiadałem za jej wdrożenie, jako, że byłem w naszym oddziale jedynym specjalistą od materiałów wybuchowych i miałem w tej dziedzinie spore doświadczenie. Choć w głębi serca nie zgadzałem się z pomysłem wysadzania w powietrze budynków mieszkalnych, nie mogłem odmówić wykonania rozkazu. Wszyscy członkowie grupy znaleźli się w tej samej sytuacji; wszyscy mieliśmy obowiązek go wykonać. Ten, kto by odmówił, zostałby uciszony na zawsze. I dlatego wykonałem rozkaz!

Dzień po eksplozji poszedłem na miejsce akcji, by ocenić i zanalizować jej rezultaty. Byłem wstrząśnięty tym, co tam zobaczyłem. Jak już wspominałem, miałem doświadczenie w wysadzaniu budynków, ale nigdy nie były to domy mieszkalne i nigdy nie znajdowały się w Rosji. A tu wysadziłem w powietrze rosyjski dom i zabiłem Rosjan, a rosyjskie kobiety pochylone nad ciałami rosyjskich ofiar przeklinały sprawcę w moim ojczystym języku. Stojąc wśród nich, fizycznie czułem, jak otaczają mnie ich klątwy, jak przenikają mój umysł i ciało, jak przepełniają każdą komórkę. Zrozumiałem, że jestem PRZEKLĘTY!

Wróciłem do oddziału i zamiast złożyć raport z wykonania zadania, spisałem oświadczenie, domagając się przeniesienia. Żądanie uzasadniłem wyczerpaniem psychicznym i fizycznym. Byłem w takim stanie, że czasowo odsunięto mnie od działalności operacyjnej i wykonanie drugiego zamachu, zaplanowanego na poniedziałek, powierzono mojemu koledze. Aby jednak mieć pewność, że nie będę próbował udaremnić ataku, szefowie postanowili mnie po prostu wyeliminować.

W sobotę chciałem być sam i zastanowić się nad tym, co powinienem zrobić. Wyjechałem z miasta na swoją daczę. W drodze poczułem, że w samochodzie zawodzą hamulce, o które przecież zawsze dbałem i nigdy jeszcze nie miałem z nimi kłopotów.

Zrozumiałem, że to oni postanowili się mnie pozbyć, używając klasycznej metody stosowanej w naszej organizacji. Ja zaś zrobiłem to, czego nas uczono na taką okoliczność: wjechałem w wodę, bo na swoje szczęście mijałem właśnie niewielką rzeczkę. Jeszcze tego samego dnia użyłem kanałów operacyjnych, żeby wydostać się z Rosji.

(…)

Wspominałem już o Samarze jako jednym z miejsc, w których miał nastąpić zamach bombowy. Ofiarami tej akcji mieli być mieszkańcy domu przy ulicy Nowowokzalnej. Choć sądzę, że po nieudanej akcji w Riazaniu nasz oddział mógł na dobre odstąpić od podobnych działań, czuję, że mam obowiązek ostrzec was przed możliwym zamachem.”

Cóż, Rosja jest w gorszym stanie niż państwa zachodnie, zamach przygotowano nienajlepiej, być może pośpiesznie, wykorzystując niezadowolonych agentów. Warto przypomnieć, że był to okres, kiedy agenci buntowali się czasem przeciw chorym gangsterskim metodom działania FSB, a w 1998 roku kilku z nich miało swoją konferencję prasową, o której będzie jeszcze mowa.

Wszystko działo się, gdy premierem był Putin, ale już tygodnie wcześniej prasa rosyjska donosiła, że Moskwa może użyć zamachów by powstrzymać zyskujących coraz więcej zwolenników mera Moskwy Jurija Łużkowa i byłego premiera Jewgienija Primakowa. To właśnie zniszczenie Łużkowa było jednym z wielu dodatkowych celów zamachu – poza dwoma głównymi, inwazją na Czeczenię i przejęciem władzy przez Putina.

Pozbycie się Łużkowa było założeniem wcześniejszego planu zamachów terrorystycznych w Moskwie. 2 lipca 1999 roku Aleksander Żylin, rosyjski dziennikarz otrzymał dokument z 29 czerwca tamtego roku, mówiący o planowanych operacjach fałszywej flagi. 22 lipca treść dokumentu znalazła się w gazecie Moskowskaja Prawda. Dokument dotyczył zdestabilizowania sytuacji w Moskwie celem zdyskredytowania Łużkowa. Przede wszystkim dokonano by spektakularnych ataków terrorystycznych na moskiewskie siedziby FSB, ministerstwa spraw wewnętrznych, Rady Federacji i innych ważnych urzędów. Do tego nastąpiła by fala porwań zarówno znanych, jak i zwykłych osób, co przypisano by „czeczeńskim terrorystom”. Miano też dokonać incydentów przy biurach ludzi popierających Łużkowa, w tym Kobzona czy firmy Russkoje Zołoto.  Dokument zawierał rozkaz spreparowania „materiałów operacyjnych” na takich ludzi, jak Kobzon, Gusiński, Dżabraiłow, Kuczanski, Tapiszczew, Tarancew, Ordżonikidze, Baturina (żona Łużkowa), Gromow, Jewtuszenkow czy Gusiew.

Plan zakładał również skłócenie moskiewskich organizacji przestępczych i wywołanie tym samym wojny gangów. Dzięki temu stworzono by pozory, iż Łużkow stracił kontrolę nad miastem. Prasa jako opiekuna przestępców miała wskazać pana Ordżonikidze, który miałby rzekomo utrzymywać kontakty z „czeczeńskimi bandytami”. Jednocześnie „patriotyczna” i „czerwona” prasa donosiłyby o przestępcach ludzi kaukaskiego pochodzenia. Prócz tego informowano by o „związkach Łużkowa z międzynarodowym ruchem syjonistycznym lub sektami”.

12 września moskiewska milicja odbiera kilka telefonów od mieszkańców domu nr 6/3 przy Szosie Kaszyryjskiej. Mieszkańcy mówią, że coś dziwnego dzieje się w piwnicy ich bloku.

Milicja wysyła do tego bloku patrol. Funkcjonariusze przed wejściem do piwnicy spotkali osobę, która według nich była pracownikiem REU, czyli administracji budynków. Zapewnił on milicjantów, że wszystko jest w porządku, a jego ludzie wykonują w piwnicy niezbędne prace, więc patrol milicji spokojnie odjechał.

Nazajutrz, o 3:00 nad ranem 8-piętrowy blok nr 6/3 wylatuje w powietrze. Jak mówił pracownik REU, wszystko poszło w porządku, a zamach się powiódł. Reporter gazety „Moskowskij Komsomolec” poszukiwał tego pracownika REU, ale na próżno. Wydobyto 119 ciał w tym 12 dzieci, oraz 13 fragmentów zwłok.

Ruiny bloku przy Szosie Kaszyryjskiej. AP/Terror99.ru.

Dzięki szybkiej akcji przeszukiwania budynków dokonanej przez niewtajemniczone służby, w budynku nr 16/2 przy ulicy Borisowskije Prudy znaleziono ukryty schron terrorystów. Mieli tam przygotowane bomby na następne zamachy – ładunki heksogenu, plastik służący jako detonator oraz sześć elektronicznych urządzeń zegarowych. Wykonane z zegarków Casio urządzenia były już zaprogramowane na konkretne dni i godziny – wystarczyło, aby terroryści wpadli do swojej kryjówki, wzięli gotową bombę i podrzucili do kolejnego celu. Ostatnia bomba, którą użyto by do zniszczenia kryjówki, nastawiona była na 4:00 21 września. Zastanówmy się nad jednym. Po takim znalezisku milicja powinna zostawić tam pułapki i czekać, aż przyjdą tam terroryści po kolejną bombę. Wtedy schwytano by ich wszystkich na gorącym uczynku. Posypały by się nagrody, awanse i medale. A przede wszystkim udaremniono by falę terroru. Ale jak to? Czy FSB miała pozwolić na złapanie swoich ludzi? Swoich agentów-terrorystów? Kryjówka FSB została zdekonspirowana, ale przecież trzeba było jak najszybciej ostrzec i chronić swoich agentów, by tam nie przyszli! Ostrzeżono ich szybką, ale i prostą metodą – o odkryciu kryjówki zwyczajnie poinformowano w telewizji. I wtedy zamiast łapać agentów FSB, uratowano ich, a ci przerwali akcję w Moskwie i skupili się na celu w innym mieście.

Po akcji znaleziono kolejne skrytki – w dzielnicy Lublino oraz w garażu w dzielnicy Kapotnia.

Badania wykazały, że materiały wybuchowe znalezione w schronach i te użyte w tym zamachu były takie same, jak w poprzednich. Wszystko byłoby po rządowej myśli, gdyby nie fakt, że do wyprodukowania takich ilości materiałów wybuchowych potrzeba nie jakiejś piwniczki czy domku, a całych hal czy magazynów. Później okazało się, że ze Niewinnomyskiego Kombinatu Chemicznego w Kraju Stawropolskim skradziono 6 ton heptylu, czyli paliwa rakietowego, którego składnikiem jest heksogen, którego użyto w tych zamachach. Ilość materiałów wybuchowych znalezionych w schronach sięgała 10 ton. 6 ton paliwa rakietowego nie da się przerobić na 10 ton materiału wybuchowego bez dużego przygotowania, zaplanowania i wielkiego miejsca, jak magazyny łatwo dostępne dla agentury FSB.

Podobnie tez z wielkim transportem takich ilości ładunków wybuchowych, który zostałby zauważony przez agenturę FSB, milicję czy inne służby. Tylko FSB mogłaby przerobić tyle ton Heptanu (paliwa rakietowego) na materiał wybuchowy, a potem to spokojnie przetransportować do celów zamachu.

Co najlepsze, heksogen trzymany był w workach na… cukier. Worki oznaczone były napisem „Czerkieskij Sacharnyj Zawod”, choć taka cukrownia zwyczajnie nie istnieje. Efesbecy najwidoczniej chcieli w razie przejęcia worków – a tak też się stało – skierować trop znajdującą się na Kaukazie Republikę Karaczajsko-Czerkieską.

Badacze tej sprawy szeroko zajęli się miejscem pochodzenie i transportem heksogenu. Jeszcze lepszym źródłem ładunków był moskiewski instytut naukowobadawczy Roskonwierswzrywcentr, którego dyrektor N. S. Czekulin był agentem FSB. Teoretycznie powinno się tam utylizować ładunki wybuchowe, ale w rzeczywistości ogromne partie ładunków sprzedawano wielu firmom, w tym wielkim państwowym konsorcjom. Można się tylko domyślać, że to tam FSB zakupiło Heksogen i w workach z cukrem przetrzymywało go w bazach wojskowych (przypomina się Riazań i szeregowy Piniajew), by przed zamachami przenosić go do skrytek swoich agentów-terrorystów.

Ważne było też uprzątnięcie śladów po heksogenie. Dlatego szczątki i gruzy pozostałe po wysadzonych domach uprzątnięto w trzy dni, co jak na Rosję jest cudem.

14 września FSB wydaje oświadczenie podsumowujące serię zamachów, począwszy od Buknajska a skończywszy na domu 6/3 przy Szosie Kaszyryjskiej w Moskwie, gdzie oczywiście oskarża za wszystko Czeczeńców. Ale już następnego dnia oświadczenie wydaje szef Głównego Urzędu Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej. Mówi on, że zidentyfikowano kilka osób zamieszanych w zamachy. Nawet słowem nie wspomina o Czeczenach, a trop kieruje w stronę grupy terrorystów z Moskwy. Jak widać FSB panicznie kieruje ludzi na Czeczenów, mówiąc że to oni są winni. FSB najwidoczniej się nie postarało, skoro nawet inne służby kierują trop w zupełnie innym kierunku.

13 września w czasie posiedzenia Dumy, przewodniczący parlamentu Gennadiy Seleznyov mówi: “Otrzymałem właśnie raport. Zgodnie z informacjami z Rostowa nad Donem, ostatniej nocy wysadzono apartament w Wołgodońsku.” Skąd takie twierdzenia?

Tak czy owak, 16 września w Wołgodońsku wylatuje w powietrze 9-piętrowy blok. Ginie 17 osób. Gdy przywódca opozycji Władimir Żyrinowski żądał wyjaśnień od Seleznyova, ten wyłączył mu mikrofon.

Zniszczony budynek w Wołgodońsku. BBC.

Dzień później premier Putin przedstawił raport o zamachach Radzie Federacji, gdzie proponował … intensywne bombardowania i ostrzał terytorium Czeczenii, oraz utworzenie kordonu sanitarnego wzdłuż granicy. Putin zamiast prowadzić rzetelne śledztwa, powoływać komisje, analizować i przedstawiać społeczeństwu fakty i dowody, skazał na śmieć tysiące pierwszych lepszych czeczeńskich dzieci, kobiet i starców.

W odpowiedzi na dzikie i chore wojenne wypociny Putina nawołujące do trwającej po dziś dzień eksterminacji Czeczenów, prezydent Czeczenii Asłan Maschadow zaproponował zorganizowanie szczytu na którym spotkałby się z Putinem i innymi przywódcami północnego Kaukazu. Putin nie zgodził się, a FSB była na to przygotowana. Pojawiły się głosy o zbliżających się zamachach w Riazaniu, Samarze, Tule i Pskowie. Riazań na szczęście okazał się klapą, przez co zrezygnowano z reszty.

Później, gdy Putin był coraz silniejszy a wojna w Czeczenii była w toku, jeden z rosyjskich publicystów pisał: „Nie trzeba będzie przeprowadzać kolejnej serii wybuchów w Moskwie i innych miastach, aby stworzyć warunki dla wprowadzenia stanu wyjątkowego”.

A co na to Efesbecy? Oto fragment artykułu Erika Kotlara z gazety Moskowskaja Prawda, który ukazał się 10 lutego 2000 roku:

„Ostatniej jesieni przydarzyło mi się spotkanie z funkcjonariuszem supertajnej służby (…). Oto, co mi powiedział:

– Tamtej nocy wróciłem późno do domu i nikogo w nim nie było. Żona, córka i teściowa wyjechały na daczę. Właśnie wbiłem kilka jajek na patelnię, gdy za oknem rozległ się ogłuszający huk. Do pokoju wpadły z impetem kawałki szkła wraz z chmurą dymu i pyłu! Wybiegłem szybko na półpiętro i zobaczyłem ogarniętych paniką sąsiadów. Z jakiegoś powodu próbowali wezwać windę. Krzyknąłem do nich: „Schodami, winda mogła się zerwać!” Popędziłem w dół, wyskoczyłem na ulicę i zobaczyłem, że ze środkowej części budynku naprzeciwko nie zostało prawie nic. Następnego dnia uzyskałem odpowiedzi na kilka pytań i podjąłem stanowczą decyzję: zabieram z Rosji rodzinę, życie tu stało się zbyt niebezpieczne, a mam przecież tylko jedną córkę!

– Ale przecież to Czeczeni podkładają w Moskwie bomby…

– Jacy tam k… Czeczeni – odparł, gniewnie machając ręką.”

3 października 1999 roku na froncie czeczeńskim zaginęło czterech ludzi GRU, pułkownik Zuriko Iwanow, major Wiktor Pachomow, porucznik Aleksiej Gałkin, oraz agent czeczeńskiego pochodzenia Wiesami Abdułajew. 19 października Czeczenii poinformowali, że tych czterech agentów przeszło na stronę Czeczeni. Wacha Ibragimow, szef centrum prasowego sił zbrojnych Czeczeni poinformował, że agenci GRU chcą ujawnić prawdę na temat wrześniowych zamachów. Później znaleziono zabitego Iwanowa. W międzyczasie wyszła na jaw kaseta tureckiego dziennikarza Sedata Arala, na której Gałkin sypiąc nazwiskami oficerów GRU mówi prawdę na temat zamachów:

„Za wysadzenie budynków w Moskwie i Wołgodońsku odpowiedzialne są rosyjskie służby specjalne – FSB do spółki z GRU. Wysadzenie budynków w Buknajsku było dziełem ludzi z naszej grupy, która w tym czasie była odkomenderowana do Dagestanu. (…) Przyjechaliśmy do Dagestanu i Czeczenii, żeby przeprowadzić ataki terrorystyczne w Dagestanie i Czeczeńskiej Republice Iczkerii. (…) Zamachy bombowe były skierowane przeciwko spokojnym cywilom. (…) Wyruszyliśmy na mocy rozkazu Głównego Zarządu Wywiadowczego sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. (…) Byli to szef GRU generał pułkownik Korabielnikow oraz szef XIV Zarządu GRU, generał porucznik Kostieczko.”

Aral mówi, że spotkał tam szefa czeczeńskiego wywiadu Abu Mowsajewa. 22 maja 2000 roku grupa Czeczenów wpadła w pułapkę GRU. Jednym z zabitych Czeczenów był właśnie Mowsajew. Próbowano złapać go już wcześniej, ale ze względu na jego wiedzę o zamachach chroniło go FSB. W maju tamtego roku okoliczni mieszkańcy donieśli FSB, iż Mowsajew odwiedza rodzinę w Szali. Gdy GRU postanowiło go złapać, spotkało się ze sprzeciwem ze strony FSB. W końcu jednak go zabili.

Ważna przy tym jest też rola ówczesnego szefa FSB Nikołąja Patruszewa. Jako ciekawostkę mogę podać, że w latach 90’ był on ministrem bezpieczeństwa Karelii. Wziął wtedy udział w aferze związanej z przemytem drogiego karelskiego drewna brzozowego. W ostatniej chwili uratowało go FSB i ściągnęło go do Moskwy.

Powróćmy do września 99’. Za te efesbeckie zbrodnie zostają oskarżeni czeczeńscy „terroryści”. Już w dniu próby ataku na Riazań Putin wysłał bombowce nad Grozny. Następnie do Czeczenii wkraczają rosyjskie wojska, a zwycięstwo w Czeczenii zostaje wykorzystane przez Władimira Putina w kampanii prezydenckiej, którą wygrywa zostając prezydentem federacji. Czeczenia jest strategicznym punktem, przez który przebiegają ważne rurociągi. Gdyby uzyskała niepodległość, rosyjskie plany naftowe na tamtym terenie ległyby w gruzach.

Gdyby bardziej zagłębić się w to, czy w ogóle mogli za tym stać Czeczenii, dochodzimy do jasnego wniosku: niedorzeczność. Czeczeni mieli przed tym duże poparcie w walce o niepodległość zarówno za granicą jak i w samej Rosji. Czemu mieliby świadomie tracić je przez zamachy, które odebrały im niepodległość?

Terroryzm w wykonaniu federalnej bezpieki miał jeszcze jeden cel – zmianę myślenia Rosjan. W czasie I Wojny Czeczeńskiej znaczna część społeczeństwa była przeciwna tej wojnie. Np. w październiku 1995 roku aż 64,9 % Rosjan było przeciw wojnie, a tylko 20,4 % ja popierało. Pod koniec 1999 sytuacja dzięki mediom i fałszywym operacjom była zupełnie inna. Nagle 66,4 % Rosjan popierało atak na Czeczenię, a przeciwnych było tylko 25,7 % społeczeństwa. Jednocześnie wedle innego sondażu z Ogólnorosyjskiego Centrum Badań Publicznych 64% Rosjan było za zmasowanymi bombardowaniami Czeczenii (chcesz wiedzieć co to oznacza to poczytaj rozdział o Czeczenii), a tyle samo było za deportacją wszystkich Czeczenów z Rosji.

Rosjanie zamiast żołnierzy walczących o niepodległość zaczęli widzieć terrorystów. Dokładnie ten sam proces miał miejsce po 9/11.

Można tu powiedzieć że w czasie pierwszej wojny również były zamachy, aczkolwiek były one nieporównywalnie mniej krwawe od tych z września 1999 roku.

Zamachy były przygotowane przez rosyjską agenturę FSB, na co wskazują dowody i wydarzenia po zamachach. Największym badaczem i ekspertem w tej sprawie był były agent FSB Aleksander Litwinienko, który odszedł z FSB po tym, jak w listopadzie 1998 ujawnił, że wydawano mu rozkazy sprzeczne z prawem, jak rozkaz zabicia Borysa Abramowicza Bieriezowskiego, rosyjskiego wpływowego oligarchy i polityka silnie skłóconego z Władimirem Putinem. Bieriezowski powiedział w 2002 roku, że

„zamachy na domy mieszkalne były organizowane przez FSB, [która] zamierzała w ten sposób wywołać wojnę i przyczynić się do wzrostu popularności Putina”.

Litwinienko wraz z Jurijem Felsztinskim napisał książkę „Wysadzić Rosję” (ang. FSB blows up Russia, ros. ФСБ взрывает Россию), w której udowadniają, że za zamachy odpowiedzialna była rosyjska agentura FSB. Sam korzystałem z tej genialnej książki. 1 listopada 2006 Litwinienko zachorował wskutek otrucia radioaktywnym polonem, a 23 listopada 2006 umiera. Aleksander przed śmiercią napisało do przyjaciela Aleksandra Goldfarba, oskarżając za otrucie Władimira Putina. Jest rzeczą pewną jak w banku, iż to FSB stoi za śmiercią Litwinienki. Litwinienko miał misję – zniszczyć chore powiązania przestępcze Putina i FSB. Głęboko wierzył w to co robi i przynosiło to wielkie skutki. Kreml nie wytrzymał i padł rozkaz zabicia go. Uważa tek też Andrei Niekrasow, przyjaciel Litwinienki i aktywista antyputinowski, twórca świetnego filmu „Bunt. Sprawa Litwinienki” (jeden z lepszych dokumentów jakie widziałem, gorąco polecam, z niego pochodzą zamieszczone tu wywiady z Litwinienką).

Zeznania Niekrasowa bardzo obciążają FSB i dają wiele informacji na temat reżimu Putina. Rosyjska bezpieka próbowała go nawet zastraszyć. Zdemolowano mu dom podrzucając przy okazji zdjęcie umierającego Litwinienki.

Aleksander Litwinienko, Jurij Fielsztinski, „Wysadzić Rosję”, Rebis Dom Wydawniczy, Redakcja Dziamski Grzegorz

Anna Politkowska, „Druga Wojna Czeczeńska”, Wydawnictwo Znak, przekład i opracowanie Irena Lewandowska, Kraków 2006.

Andriej Niekrasow, „Bunt. Sprawa Litwinienki”. http://video.google.pl/videosearch?q=bunt.+sprawa+litwinienki&hl=pl&sitesearch=#

Marcin Mamon, Mariusz Pilis, “Czeczenia. Bródna Wojna.” http://www.alterkino.org/index.php?subaction=showfull&id=1202564629&archive=&start_from=&ucat=6&

Copyright by Tergiwersacja 2010

Autor zaznacza, że fakt udostępnienia w Internecie nie oznacza, iż prawo autorskie przestało obowiązywać. Rozpowszechnianie i powielanie na użytek komercyjny oraz jakikolwiek inny, który zaszkodziłby autorowi, jest zabroniony, jednakże autor zezwala na zamieszczanie obszernych fragmentów bądź całości w Internecie na użytek niekomercyjny i niezarobkowy, celem rozpowszechniania wyżej wymienionych faktów i poglądów. Kontakt tergiwersacja@vp.pl

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: